Ćwiartka w Kamieniu ;-)

30 czerwca, sobota, godzina 7-ma rano – idę do garażu, odpalam motocykl i zakładam ciuchy. Szajba już od godziny w drodze. Słyszałem jak się krzątali po domu przed 6-tą. Spotkamy się na miejscu. Vito z Szajba-buzą na pace zmierza już w kierunku Kamienia Śląskiego, chce być wcześniej, żeby jeszcze zestroić motocykl i zrobić jakieś próbne przejazdy. Wyjeżdżam, tankuję jeszcze w Kętach. Cholera późno już, a ja nie lubię jak na mnie czekają… dokręcam manetkę, droga do Oświęcimia jakoś tak szybko przelatuje pod kołami Fazerka – niecałe 10 minut… hmm… zwykle zajmuje więcej czasu – no trudno, co zrobić 😉 Mrówa już czeka na BP, nawet nie gaszę motocykla, kierunek Tychy. Tam zgarniamy Grishackha i Lily. No to lecimy kibicować Szajbie!
Droga do Kamienia Śląskiego schodzi szybko – spora jej część to autostrada A4 – nuuuda, ale zawsze się znajdzie jakiś katamaran co się będzie chciał pościgać… Grishackh ich lubi – czeka aż się zrównają i odkręca manetkę… koło 200 km/h zwykle odpuszczają, a my sobie wracamy do swojego tempa jazdy. Zjeżdżamy z A4 i dojeżdżamy przez wioski na miejsce imprezy.
Na bramie opłata 50zł, każdy dostaje identyfikator w postaci paska na rękę i wjeżdżamy na imprezę. Żeby dojechać do Szajby musimy jechać przez trawę, bo ochroniarz się uparł, że nas asfaltem nie puści… ale co, że niby my nie wjedziemy?
Szajba-buza w całej okazałości. Stoi i czeka. Pytam się Szajby jak poszły jazdy próbne, mówi, że jak dotąd ich nie wpuścili na tor. Co takiego? Przecież o 9:00 miały już być eliminacje, a właśnie mija 9-ta. „W kulki z nami lecą” – mówi – „tak nas traktują jakbyśmy byli jakimś wrzodem na dupie. Popatrz sobie – są dwa tory, ten bliżej trybun jest specjalnie nagumowany. Myślisz, że nas tam wpuszczą? Co ty, pojedziemy na tym – daleko od trybun. Niektórzy się wkurzyli, wcale nie przyjechali, popatrz ilu nas jest”.
Faktycznie, jest tylko kilka motocykli – Konrad, Roland, Maciek i jeszcze dwóch chłopaków, których nie znałem. Ścisła czołówka, której po prostu zależy na tym, żeby zdobywać punkty liczone do klasyfikacji mistrzostw polski. Za chwilę jeden z nich do nas podszedł. Prosił, żeby któryś z nas wystartował z nim w klasie do 750ccm, bo jak nie będzie miał konkurenta, to mogą wstrzymać start tej klasy. Wprawdzie z pewnymi oporami, bo nigdy w czymś takim nie brałem udziału, ale w końcu przystaliśmy na tę propozycję. Poleciał załatwiać wpis na listę startową. Sędziowie się zgodzili, powiedzieli że nie ma problemu. Ale Stowarzyszenie Sprintu Samochodowego ma to gdzieś – po co im motocykliści. Stwierdzili, że zapisy były przez internet i nikt teraz nie będzie tego wpisywał do komputera. Ja pewnych rzeczy w tym kraju nie rozumiem. To chyba im powinno zależeć, żeby było jak najwięcej startujących i żeby była rywalizacja. Przecież to przyciąga kibiców. Gdyby Szajba nie startował, to i mnie by tam nie było. Nie było by też kilku moich kumpli, kilku Szajby kumpli ani znajomych jego konkurentów, ani też zapewne tych ludzi, którzy przyjechali zobaczyć właśnie motocykle. A przecież każdy kibic to 50zł do ich kasy, więc gdyby było więcej startujących – a co za tym idzie – ich krewnych i znajomych i ludzi, którzy chcą ich oglądać, to mieli by większy zysk z tej imprezy… chyba ktoś liczyć nie umie.
No trudno… nie przywiozę pucharu – może to i dobrze, bo jeszcze by mi się spodobało. Podchodzi do nas komentator. Prosi żeby mu pomóc w rozpoznawaniu motocykli, bo nie zna się na tym, a chciałby coś opowiedzieć o nich gdy będą startować. OK. Żaden problem.
Za chwilę w głośnikach słyszymy, że rozpoczynają się eliminacje motocykli. Jak to, bez przejazdów próbnych? Zawodnicy patrzą jeden po drugim i kiwają znacząco głowami. Jeden z sędziów nam mówi, że to niedopuszczalne. No ale co – trzeba się zbierać i jechać na start. Podjeżdżają pod barierki, czekają aby wreszcie wjechać na tor, silniki powoli zaczynają się gotować, sami zawodnicy również. Jest ciepło, a oni w kombinezonach, podgrzewani jeszcze przez ponad dwustukonne silniki pod tyłkiem. Chłodnice nie wyrabiają. Ktoś pyta: kiedy wjeżdżamy? W odpowiedzi uzyskuje tylko ruch ramionami. Konrad gasi silnik, „zaraz zagotuję wodę” – mówi. Będzie musiał odpalać na popych, bo rozrusznik się zawiesił. Dobra, wjeżdżają.
Ja i Mrówa podchodzimy do komentatora – jest duży plus tego, bo jesteśmy niemal przy linii startowej, gdzie normalni kibice nie mają już wstępu. Podpowiadamy informacje o startujących motocyklach, a w międzyczasie robimy zdjęcia jak się ustawiają i startują. Chcący przypadkiem zahaczamy też obiektywem o ustawione nieopodal hostessy z bardzo ładnymi i długimi nogami. No, tutaj naprawdę się postarali. O, Szajba na starcie… byłbym się zagapił… trzymamy kciuki. Światła startowe zaczynają się zmieniać, światło przesuwa się w dół. Jeszcze dwa, jeszcze jedno, poszli! No nieźle, Szajba-buza wreszcie jedzie i wygląda na to, że całkiem dobrze. Ale komentator właśnie mówi, że na lewym torze był falstart. Niestety, ten bieg Szajbie się nie zaliczy, ale jest jeszcze drugi. Podjeżdżają kolejni zawodnicy, wykręcają czasy pomiędzy 10 a 13 sekund. Drugi przejazd, tym razem Szajba spóźnił nieco start, pewnie też dlatego, żeby nie zrobić drugiego falstartu. Ale z oddali widzę, że pod koniec udaje mu się przegonić Maćka, który startuje na równoległym torze.
Jest pozytywnie! Czas przejazdu (ET): 10.429s, czas przejazdu + reakcji (ET+RT): 10.914s. Ale trzeba jeszcze popracować nad startem, bo do klasyfikacji liczy się ET+RT. Kolejni zawodnicy startują, czasy podobne jak w pierwszej turze. Koniec eliminacji, wpuszczają już samochody. W sumie moglibyśmy już pójść, ale zostajemy jeszcze przy linii startu. Oglądamy co ciekawsze startujące samochody i robimy dokumentację zdjęciową wspomnianym wcześniej paniom w minispódniczkach i szpileczkach.
Finał zawodów motocykli ma być o 13:00, więc wracamy na stanowisko Szajby. Odkręcamy butlę z nitro. I tak go nie używa, a to dodatkowy ciężar i przeszkadza trochę jak się chce nogi oprzeć z tyłu aby się lepiej wyłożyć na motocyklu. Jest jeszcze sporo czasu więc idziemy na obchód, zobaczyć co tu mają dobrego. Jest kilka straganów z jedzeniem, głównie kiełbasa i jakiś karczek, kilka stoisk z lanym i puszkowym piwem, budka z zapiekankami i ze dwa stragany z koszulkami i czapeczkami. Poza tym sponsorzy wystawili swoje namioty, samochody, felgi, opony no i naprawdę bardzo ładne hostessy, które zresztą budzą największe zainteresowanie wśród zgromadzonej publiczności. Zarzucamy po jakiejś zapiekance na żołądek i pijemy piwko w towarzystwie sędziów. Nasze opinie na temat traktowania tutaj motocykli są dosyć zbieżne. Też ich bardzo dziwi podejście SSS odnośnie zamknięcia list startowych. Opowiadają, że nawet przy zawodach motocrossowych, gdzie jest bardzo wielu zawodników nie robi się problemów jeśli ktoś nawet z ulicy przyjdzie i będzie chciał wystartować. Dopisują po prostu do listy papierowej i później się to wprowadza do komputera. Czasem wręcz zostawiają specjalne okna czasowe, żeby ewentualnie jakichś zawodników dopisać. Wystarczy tylko chcieć.
Zbliża się już 13-ta a piwko się nam skończyło, więc idziemy w kierunku naszego obozowiska. Za chwilę ma być finał wyścigów motocyklowych, więc trzeba być na posterunku. Znów idziemy do komentatora i podpowiadamy, to GSXR-1000, a to dwie Hayabusy. Jak nie wiemy jaka moc, to on sobie ją wymyśla, o – ta ma 400 koni i turbinę. Nim się obejrzałem to już połowa zawodników pojechała. Jest Szajba na starcie. Wcześniej mu dałem kopa na szczęście, zobaczymy czy pomoże. Trochę spóźniony start i kłopoty z trakcją na początku, ale już idą równo. Z tej odległości nie jestem w stanie ocenić kto minął pierwszy linię mety, zresztą to i tak nieistotne – czas się liczy. Patrzę na wyniki, Szajba: 10.434s ET i 11.085 ET+RT, Konrad 10.018s ET i 10.359s ET+RT.
Czekam na drugi przejazd… a tu już zaczynają znów puszczać samochody. Pytam komentatora – „już koniec, to był finał” – jeden przejazd, po wszystkim. Lekko się zdziwiłem, ale to pierwsze takie zawody, na których jestem, więc może tak ma być. Wróciłem do naszego obozowiska.
„Drugie miejsce” – mówi Szajba – „nareszcie nie trzecie” – śmieje się. „No i buza się sprawuje, tylko muszę się w nią jeszcze wjeździć i będzie dobrze. Musimy przestawić mechanizm do zmiany biegów – zmienia przy zbyt niskich obrotach”. To ustawienie jest nieoptymalne, gdyż nie pozwala wykrzesać maksymalnej mocy. Szajba przestawia ustawienie na wyższe obroty. Nie można też przesadzić, bo zbyt duże obroty spowodują odcięcie zapłonu.
Z nieba zaczyna kapać, a my robimy się głodni. Czekamy na Alę i Miklasa, którzy mają dowieźć kiełbasę na grilla, którego właśnie skręcamy. Oj, pada coraz mocniej, trzeba się schować pod namiot. Organizatorzy przerywają starty. Ale już po chwili chmura przechodzi i nagrzany wcześniej asfalt szybko wysycha i starty zostają wznowione. Dojeżdża Astarte z Miklasem, rozpalamy grilla i wrzucamy kiełbachę. W międzyczasie podchodzi do nas sędzia i mówi, że wymyślili, że zorganizują jeszcze zawody „Moto Outlaw” i pojadą wszystkie motocykle tak jakby w jednej klasie. Wszyscy zawodnicy są za. W końcu to przynajmniej jeszcze jeden przejazd na torze.
Zarzucamy coś na ruszt i rozpierzchamy się po placu pooglądać samochody i zamontowane w nich wynalazki. To jakiś Maluch z silnikiem o mocy 500 KM, to jakieś skrzyżowanie Łady Samary z łodzią podwodną – czego to Ruscy nie wymyślą… Jest też ładniutka Cobra i sporo innych ciekawostek, które staramy się uwiecznić na zdjęciach. O 16-tej mają być pokazy JetCara – samochodu napędzanego silnikiem odrzutowym. Zbieramy się przy barierkach. Szkoda, że już nie możemy wejść do środka, tak jak wcześniej. Odpalają go. Słychać dźwięk potężnej turbiny. Dołożył do pieca – potężna chmura dymu unosi się za samochodem, przez chwilę nic nie widać. Zaraz znów, tym razem powstaje wielki płomień ognia. I zaraz znów – dym, ogień. Kolejny raz. Następny. Z coraz większą częstotliwością. JetCar po kilka metrów przesuwa się do przodu. Znów chmura dymu, znów ogień, ale tym razem już dłużej, już nie odpuszcza, tylko startuje ostro do przodu. Zanim przewiało chmurę dymu na tyle, żeby coś było widać, to JetCar właśnie mijał linię mety – nieźle, to robi wrażenie. Ma być jeszcze jeden pokaz JetCara, chętnie to obejrzę ponownie. Znów rozpierzchamy się po placu, a za jakiś czas zbieramy się przy namiocie Szajby. Zawodnicy się zbierają, za chwilę mają wjechać na tor, będzie „Moto Outlaw”. Wyścig obserwujemy zza barierek. Zwycięża GSXR-750 – potencjalnie najsłabszy motocykl w stawce. Ale też najlżejszy, a to nie jest bez znaczenia.
Za chwilę zawodnicy podjeżdżają na plac, widzę jak Grishackh podbiega do Maćka i coś mu mówi, Maciek szybko zsiada z motocykla i krzyczy, że potrzeba wody albo gaśnicy – cokolwiek – spod owiewki wydobywa się dym, coś się zapaliło. Ktoś podbiega z kanistrem z wodą, ale wody jest za mało, ciągle się tli. My mamy wszystko pozamykane i nie mamy kluczy. Grishackh łapie jakiegoś Powerade’a i polewa miejsce skąd wydobywa się dym. OK, sytuacja opanowana. Ale co się stało? Pękł wężyk z paliwem – niewielka dziurka, ale jest wyciek. No to koniec jazdy na dziś. A miała być dogrywka między Maćkiem a Konradem, choć właściwie nie wiadomo czemu, bo Szajba miał lepszy czas od Konrada. Motocykl Konrada też odmawia posłuszeństwa – nie pali na jeden gar. Nietypowa sytuacja, ale skoro Maciek i tak nie pojedzie, to wystarczy, że Konrad dojedzie do mety. Dojechał. Na tym koniec wyścigów motocyklowych w Kamieniu Śląskim.
Resztę dnia spędzamy na oglądaniu co ciekawszych startów, grillowaniu, rozmowach z niektórymi zawodnikami o ich samochodach i modyfikacjach, oraz na spożywaniu napojów wyskokowych 😉
Niedziela rano – towarzystwo zaczyna wypełzać z namiotów – dla niektórych poranek jest ciężki, ale ogólnie nie jest źle. Na polu namiotowym są sanitariaty, więc można się normalnie umyć i doprowadzić do stanu używalności. Wracamy znów w okolice linii startu i pijemy poranną kawę. Ustawione w rządku motocykle wzbudzają zainteresowanie wśród publiki, niektórzy oglądają, robią sobie zdjęcia, pytają ‚ile to poleci’ itp.
Namawiamy kilka dziewczyn na sesję zdjęciową, pytamy czy można wrzucić zdjęcia na stronę www – nie ma problemu. Dziewczyny są bardzo sympatyczne i uśmiechnięte, pomimo tego, że są już tu drugi dzień i mogło by się wydawać, że powinny być już znudzone. Słoneczko nieco przygrzewa, a my oglądamy kolejne starty i pokazy. Są ciekawe samochody, są modele sterowane zdalnie – kilka samochodów i jeden helikopter. Jest też krótki pokaz sztuczek motocyklowych w wykonaniu Raptownego i jego kolegi. Kolejny pokaz JetCara obserwujemy z boku. Znów widać dym na przemian z ogniem, widać jak startuje i za chwilę na końcu toru jak rozwija spadochron aby wytracić prędkość. Czas przejazdu (ET) ok. 9 sekund, prędkość na mecie: 266 km/h, ale to tylko pokaz, pewnie gdyby się ścigał to wyniki były by bardziej wyśrubowane.
Koło 14-tej żegnam się z Szajbą, Agnieszką i całą ekipą z Lubuskiego i wyruszam do domu. Mam jeszcze zadanie do wykonania – napisać ten artykuł – inaczej mój szajbnięty kuzyn nie da mi spokoju 😉
Ogólnie imprezka niezła, zjechało się trochę fajnych i dobrze tuningowanych samochodów. Było co pooglądać i to nie tylko pod względem motoryzacyjnym 😉 Przydało by się trochę więcej wystawców sprzętu audio i akcesoriów motoryzacyjnych. Szkoda, że motocykli tak mało i szkoda, że SSS traktuje motocykle po macoszemu. Bo przecież tekst, który można znaleźć na ich stronie tyczy się nie tylko samochodów:

http://www.sss.org.pl/about.php
„Stowarzyszenie będzie działać tak, aby rozpropagować zawody na odcinku 1/4 mili (402,5 metra) w całej Polsce, jako bezpieczną dyscyplinę sportu pozwalającą na dowolne przyjacielskie współzawodnictwo oraz miły sposób spędzenia wolnego czasu.”

Miejmy nadzieję, że wyścigi na 1/4 mili zyskają na popularności, ale nie na drogach publicznych, tylko właśnie na takich imprezach. Warunkiem koniecznym do tego jest jednak odpowiednie podejście organizatorów, czego nam wszystkim życzę.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz