Zakup motocykla

Poszukiwania: Internet, Ogłoszenia

Po tym jak sprzedałem MZ ETZ zacząłem się rozglądać za jakąś większą maszyną. Akurat tak się złożyło, że kolega kupił Suzuki GSX 600F z ’99 roku i dał mi się przejechać. To jest to, pomyślałem. Fajnie się odkręca, fajnie wygląda, w sam raz dla mnie.
Mój entuzjazm jednak opadł po tym jak zobaczyłem ile toto kosztuje. Zacząłem się rozglądać po Allegro, kupiłem Moto-Giełdę, Świat Motocykli, Dizmar. Szukałem, zaznaczałem, dzwoniłem, niestety skutek był mizerny, albo cena zbyt wysoka, albo już sprzedane, albo na drugim końcu Polski.

Zbieranie informacji i opinii: pl.rec.motocykle

Informacja to podstawa w dzisiejszych czasach. Zacząłem więc gromadzić informacje. Zacząłem od zasubskrybowania grupy pl.rec.motocykle i przejrzenia jej archiwum. Zaprzęgłem też do roboty google, które zeznało mi, że na pierwszy większy motocykl lepiej kupić coś, co nie ma tyle plastiku, bo owiewki się szybko łamią i sporo kosztują. Niebawem też na grupie pojawił się interesujący mnie wątek oraz FAQ grupy, do którego pytającego z miejsca odesłano. Okazuje się, że temat co kupić na pierwsze (większe) moto jest wałkowany średnio kilka razy w miesiącu i grupowicze na tę okoliczność dodali specjalny punkt do wspomnianego FAQ.
Zgodnie z zaleceniami bardziej doświadczonych kolegów zacząłem się rozglądać za Suzuki GS 500E, tym bardziej, że byłby lżejszy dla mojego portfela. Zainteresowałem się także kilkoma innymi modelami np. Honda NTV, Yamaha XJ 600 i poszukiwałem ofert sprzedaży z mojej okolicy. Po jakimś czasie dotarło jednak do mnie, że ciężko będzie kupić na południu Polski niezajeżdżony motocykl w dobrej cenie. Rozpocząłem więc poszukiwania na niemieckich stronach internetowych http://www.mobile.de oraz http://www.ebay.de, tym bardziej, że jeden z grupowiczów zaoferował pomoc w sprowadzeniu sprzętu (dzięki Marcin).

Destination: Berlin

Zaopatrzony w kilka(naście) ofert ze wspomnianych wyżej serwisów niemieckich postanowiłem się wybrać do Berlina w celu dokonania zakupu. Mój bardzo dobry kumpel, na którego zawsze można liczyć (wielkie dzięki Piotrze) trochę wcześniej własnoręcznie wykonał przyczepkę i zdążył już ją zarejestrować, przyszła więc dla niej pora testu 🙂 Zapięliśmy ją więc do jego Poloneza (gazolota) i w sobotnią noc 5/6.06.2004r wyruszyliśmy ‚nach Berlin’.
Po przekroczeniu granicy okazało się, że wcale nie jest różowo. Wszelkie komisy w niedzielę pozamykane, czas goni (musiałem być w poniedziałek w pracy), a ze sprzedawcą z tzw. pewniaka nie da się skontaktować. W samym Berlinie udało nam się znaleźć kafejkę internetową, poszperaliśmy, wysłaliśmy kilka maili i próbowaliśmy się skontaktować jeszcze z kilkoma sprzedawcami. Niestety bezskutecznie – albo zbyt daleko, albo cena poszła za bardzo w górę (aukcje na E-bay jeszcze trwały). Zrezygnowany już całkiem podjąłem bolesną decyzję: wracamy (mus to mus, w poniedziałek spotkanie organizacyjne w pracy, a do domu kawał drogi). Jak już pakowaliśmy się do samochodu zadzwonił telefon (wiem, wiem – takie rzeczy zdarzają się w Brazylijskich serialach). To był człowiek z Berlina, do którego pisaliśmy maila, bo wystawił na E-bay’u XJ 600, ale nie podał namiaru na siebie. Zapisaliśmy adres, spytaliśmy o drogę i jazda. Okazało się, że wcale nie jest tam tak łatwo trafić, a dzielnica Berlina w której mieszka jest na tyle duża, że jej mieszkańcy nie wiedzą gdzie jest taka ulica. W końcu po przestudiowaniu mapy na stacji paliw udało nam się trafić do sprzedawcy.

Oglądanie, próba drogowa, zakup i powrót

Pierwsze wrażenie było dobre. Motocykl czysty, lakier oryginalny, żadnych śladów wycieków z silnika, gaźnika czy amortyzatorów. Lekko zarysowane owiewki i niewielka rysa na przedniej ladze wynikały ze zwykłej eksploatacji. Starałem się mimo wszystko podejść do sprawy na chłodno i zastosować procedurę testową podobną jak znalazłem na stronie w necie, która już niestety nie istnieje. Nie było jednak tyle czasu, aby wykonać ją w pełni, a już na pewno aby się z tym przespać. Sprawdziłem więc to, co się dało i poprosiłem o możliwość jazdy testowej. Właściciel się zgodził bez żadnych oporów, zapytał tylko czy już wcześniej jeździłem na motocyklu. Podczas jazdy zauważyłem, że dość głośno wchodzą biegi, ale wcześniej już wyczytałem, że w XJ 600 to nic nadzwyczajnego i aby cicho wrzucać dwójkę potrzeba praktyki. Poprosiłem jeszcze kumpla o przejażdżkę w celu chłodniejszej oceny sprzętu i po jego pozytywnej opinii zdecydowałem się na zakup. Tym bardziej, że cena była niższa niż się spodziewałem (taka jak w danej chwili na aukcji w E-bay).
Umowę kupna-sprzedaży spisaliśmy na siedzeniu motocykla (Niemcy nie zapraszają do domu, ale nie mam mu tego za złe), dostałem dwa kluczyki, briefy, podręcznik (po niemiecku oczywiście), wręczyłem gotówkę i zabrałem maszynę 🙂 W zasadzie to mógłbym na niej jechać do Polski (miałem zwykłe niemieckie tablice), ale po tylu godzinach w trasie i to jeszcze przy niezłym słoneczku (pogoda nam na szczęście dopisała), obawiam się, że nie dałbym rady i zasnąłbym po drodze. Zresztą mieliśmy przecież przyczepkę !
Po kilku próbach zamocowania motocykla na przyczepie w pozycji leżącej stwierdziliśmy, że lepiej będzie ustawić go na środku przyczepy na pionowo i przymocować pasami. Tak też zrobiliśmy.

yamaha-xj600-01
Postawiliśmy motocykl na centralnej podstawce i zamocowaliśmy specjalnymi pasami do transportu. Granicę przekraczaliśmy w Olszynie, bez żadnych kłopotów. Zero kolejek. Niemiecki Urzędnik poprosił o Briefy i sprawdzał coś w komputerze, zapewne to, czy moto nie jest kradzione. Trwało to dosłownie pięć minut. W tym czasie rozprostowaliśmy kości i pogadaliśmy z Polską Strażą Graniczną, moto im się spodobało, pytali ile to ma pojemności i ile kosztuje. Taka luźna gadka. Mocowanie okazało się na tyle skuteczne, że wytrzymało nawet jazdę po Polskich drogach, a kto jechał z Olszyny w kierunku Wrocławia ten wie o czym mówię (najdłuższe schody Europy ?).
Do Oświęcimia dotarliśmy przed 6-tą rano w poniedziałek. Nawet nie jechałem do domu. Przespałem się godzinkę u kumpla (jeszcze raz dzięki Piotrze i Kosteczko za wyrozumiałość), odświeżyłem się i pojechałem do pracy… samochodem. Po pracy znów do kumpla i zawieźliśmy moto do mojego garażu. Sprawdziliśmy jeszcze tylko jak przeżyło transport. Okazało się, że wszytko jest w porządku i skończyło się to rozgrzaniem silnika i krótkimi przejażdżkami po okolicy 🙂

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz