Pamiętna wycieczka dookoła Tatr

Stałym punktem sezonu, który staramy się zaliczyć co roku jest wycieczka objazdowa dookoła Tatr. Trasa wygląda mniej więcej tak jak na obrazku, choć w zależności od czasu, pogody i miejsca startu i mety bywa czasem modyfikowana. Nie bez przyczyny wspomniałem o pogodzie, bo niemal co roku płata nam figle podczas tej objazdówki. Nie ma się zresztą co dziwić, wszak wiadomo, że pogoda w górach zmienną jest.

20110710-Mapka

W tym roku jednak dostarczyła nam szczególnych atrakcji, co w połączeniu z innymi czynnikami spowodowało, że tej wycieczki nasza Ekipa długo nie zapomni. Zaczęło się od upalnego startu przed południem z Katowic i spotkania z Krakusami w Skomielnej Białej. Tankowanie w Nowym Targu i ruszamy przez Białkę w kierunku Łysej Polany. Już przed granicą łapie nas deszcz, ale procedura została odpalona, więc Ruff, który prowadzi całą grupę ani myśli zawracać z obranego kierunku. Zresztą taki orzeźwiający deszcz mi osobiście wcale nie przeszkadzał, schłodził nagrzany uprzednio w upale kombinezon i nawet się przyjemniej zrobiło. Poza tym spojrzenie w kierunku, który obraliśmy dawało nadzieję na przebicie się przez wiszące nad nami chmury i dalszą jazdę już po suchym. Faktycznie, kawałek już za granicą ze Słowacją zrobiło się sucho i pogoniliśmy trochę konie po betonie, mając cały czas na uwadze, że może nas dopaść wiszący gdzieś w powietrzu deszcz, tym bardziej, że jeden z kolegów jeszcze w Skomielnej wspominał coś o deszczu i gradzie w Słowacji… ale kto by mu tam wierzył 🙂 Po jakimś czasie wyprzedzam lidera grupy i zjeżdżam kawałek z trasy aby pstryknąć kilka zdjęć i zrobić chwilę przerwy. Niestety żadnych zdjęć zrobić się nie udało, ale za to mieliśmy zdrową porcję dobrego humoru dostarczoną przez pewną małą, okrągłą, różową zgubę 😀
Ale w międzyczasie deszczowo/burzowa chmura zaczęła nas doganiać i dawać znać o sobie dużymi kroplami spadającymi na asfalt, szybko się więc spakowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Pewnie udałoby się nam uciec, gdyby nie zakamuflowana biała Astra z fotoradarem przy końcu jednej z miejscowości i radiowóz policji tak dwa kilometry dalej. Wiemy, że po Słowacji należy jeździć ostrożnie i zawsze staraliśmy się jechać przepisowo przez wioski i miasta, ale widać się nie udało. No trudno, pewno będzie ‚pokutu’, miejmy nadzieję, że nie za duże, choć od czasu wejścia Słowacji do strefy Euro, mandaty stały się tam bardziej dotkliwsze. Ale to nie wysokość mandatu wpłynęła na naszą irytację, ale sposób w jaki nas potraktowała słowacka policja. Chwilę po zatrzymaniu rozpoczęła się ulewa, a my musieliśmy stać w tym deszczu i czekać aż państwo łaskawie odprawią (siedząc sobie w ciepłym samochodzie) zatrzymane już później samochody i pojadą z nami do bankomatu abyśmy mogli uregulować należność. Stwierdziliśmy więc, że szybko nasza noga w Słowacji nie postanie i limit wydanych Euro na najbliższe rok bądź kilka lat mają już wyczerpany. Uprzedziliśmy jeszcze spotkaną przy bankomacie grupę jadącą w przeciwnym kierunku czego się mogą spodziewać w dalszej trasie i ruszyliśmy dalej w swoją stronę. Ujechaliśmy kawałek za Liptovski Peter, trochę nas przesuszyło, bo chwilę nie padało i znów dopadł nas deszcz, tym razem z piorunami i gradem tak intensywnie napierającym na wizjery w kaskach, że byliśmy zmuszeni przerwać wycieczkę i schronić się pod drzewami. Co najważniejsze humory ciągle nam dopisywały i nawet wyciskanie wody z rękawic ani wylewanie jej z butów nie były w stanie nam go popsuć. Po ustaniu nawałnicy, choć ciągle przy padającym deszczu zapakowaliśmy się na motocykle i ruszyliśmy byle dalej w kierunku domu. Na szczęście kawałek za Liptovskim Mikulasem się przejaśniło i zrobiło się sucho, więc mogliśmy się oddać pysznemu winklowaniu pomiędzy miejscowością Vysne Matiasovce a Zuberec. To jest taki kawałek drogi, po którego przejechaniu (oczywiście na sucho) zawsze pojawia się banan na naszych gębach. Zapięta dwójka (rzadko trójka), 7-11 tys. obrotów i zamykanie opon na ciasnych zakrętach, to jest to, co powoduje, że zapominam, że jeszcze przed chwilą trzaskały wokół pioruny i woda podciekała mi pod cohones. Myślę, że ten odcinek mocno zaważył na końcowym odczuciu całej tej wycieczki, pewnie gdybyśmy musieli jechać go na mokro, to wrócilibyśmy mocno zawiedzeni. A tak, pognaliśmy ochoczo w stronę Tvrdosina, gdzie podzieliliśmy się na dwie grupy i Krakusy wrócili przez Chyżne, a ja z Grishem i Bacherem przez Korbielów. Oczywiście znów zaczęły trzaskać pioruny i prało żabami, a stojąca w zagłębieniach woda sięgała nam nieraz po podnóżki, ale kto bym tam na to zwracał uwagę. Już po Polskiej stronie zaliczyliśmy skromny popas w „Starej Karczmie” w Jeleśni i w promieniach słońca wróciliśmy spokojnie do domów. Wszyscy dziwnie patrzyli skąd my tacy mokrzy jedziemy… ale zerknijcie na zdjęcia to wszystko będzie jasne 😉

Najlepsze z tego wszystkiego jest jednak to, że nikt nie żałuje tej całej wycieczki i nie mówi, że wolałby siedzieć w suchych kapciach przed telewizorem w domu… i z taką Ekipą to ja mogę jeździć! 😀

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz