Stoperan i Braveran czyli Bieszczadzki zestaw 60+

Piątkowy wieczór, pogoda na weekend zapowiada się nieźle. Obiadek w Zakopcu wydaje się być dobrym planem na sobotę. Dzielę się tą myślą najpierw z Berwikami, a później na fejsbuku. W międzyczasie zrobiła się już sobota, bo jest około 1-szej w nocy. Dzwoni telefon… w słuchawce słyszę Kubę, który zagaja: „Fugazu, widzę że cię nosi”, „ano nosi” – odpowiadam, „to bierz ręcznik, kąpielówki, gacie na zmianę i rano o 9-tej bądź w Krakowie, lecim w Bieszczady, znajoma ekipa już tam jest”. W tym miejscu plan z Zakopanem zaczął powoli tracić na znaczeniu. Ale przecież nie mogę być taki łatwy! Nie ja! Muszę trochę grać niedostępnego! Przecież jest jeszcze kilka tematów do przeskoczenia: trzeba namówić Berwików do zmiany planów i jeszcze żeby wstali o 7-mej, bo na 9-tą mamy być w Krakowie… ale to okazało się łatwiejsze niż myślałem.

Sobota rano, godzina 8-ma, akordeon zamontowany na stelażu, MT-07 z Berwikami na pokładzie podjeżdża i ruszamy nach Kraków. Czasu mało, więc kierunek A4, przelotowa japońska szybka, ale tak żeby łbów nie pourywało, koło 9-tej meldujemy się na Matecznym. Dzwonię do Kuby, zeznaje że już wychodzi. No to czekamy na Matecznym… i czekamy… i… wiadomo, Kraków! W końcu jest. No to jeszcze szybko do sklepu po linkę do Gixera, Kuba zbiera szybką opierdol od Ruffa i w drogę. Znów przelotowa japońska szybka, bo droga na Tarnów nudna i dwupasmowa. A później zjazd i jakaś lokalna, taka wąska, że myślałem że tym moim autobusem tam nie wykręcę. Ale jedziemy… trochę mnie dziwi, że znów w kierunku Tarnowa, ale co ja się tam znam, ja tylko zamykam peleton. Stop. Jednak źle, przegapilim jakiś zjazd. No to kawałek nazad i na Biecz. Później Nowy Żmigród, Dukla, Sanok, tankowanie… i tu kończy się mój akumulator. Czyli regulator napięcia znów padł – wiadomo: Suzuki – już nawet nie sprawdzam. Ale przecież to nie zepsuje nam weekendu. Przekładamy akumulator z innego moto i dalej w drogę, przecież obiad czeka, a tu już godzina obsuwy. Wpadamy do Ustrzyk Dolnych na kwatery, ekipy nie ma, bo pojechali na paintball. Trudno, co robić?! Szybko wciągamy obiad i jedziemy nad Solinę, żeby po całym dniu jazdy w upale wpakować się w końcu do jeziorka. Jest pięknie!

Powrót do Ustrzyk krętą drogą wijącą się wśród pagórków dostarcza kolejnej dawki endorfin. Szybkie zakupy i zbiórka na grillu, bo przecież nie zdążymy się naje…ść i wyspać oczywiście, a co myśleliście?! Jeszcze przed północą okazało się, że dzisiejsza młodzież jest bardzo odpowiedzialna (lub zmęczona po piątkowej imprezie i sobotnim paintballu), nie pije po nocach i nie robi łututututu, więc już po pierwszej w nocy „zostało nas czterech, z czego nas trzech” jak to stwierdził Ruff i z tą głęboką myślą udaliśmy się na spoczynek.
Rano ekipa pojechała na winkle, a my znów nad Solinę uprawiać plażing, smażing i motorcycling, choć ten ostatni to raczej delikatnie, bo „na lokalesa”, czyli w krótkich spodenkach. Wszystko co dobre jednak kiedyś się kończy i trzeba było się zbierać w podróż powrotną. Ale żeby sobie jeszcze trochę przedłużyć przyjemność postanowiliśmy nie jechać ani najkrótszą ani najszybszą drogą. W końcu „road is the target, destination is just excuse” jak mawiają starzy wyjadacze. Pożegnaliśmy zatem część ekipy, która wyjeżdżała przed nami, przełożyliśmy znów akumulator i ruszyli w trasę. Tankowanie w Sanoku, później mżawka i mokry asfalt (ale przecież to nie zepsuje nam weekendu), przekładka aku (wiadomo: Suzuki), Gorlice i Nowy Sącz z oślepiającym słońcem odbijającym się od mokrego asfaltu, Limanowa i Mszana Dolna z coraz bardziej natrętną myślą, że jeszcze dziś nie jedliśmy obiadu…. ale w końcu trafiliśmy do Zajazdu Jeździec, który dodaję do ulubionych, bo za 15 zł zjedliśmy rosół i schaboszczaka + kompot, a na przystawkę jeszcze przyniesiono nam ciepły chleb i domowy smalec. Chętnie byśmy posiedzieli dłużej, ale ściemniło się już na tyle, że powstał kolejny problem, czyli ciemna szyba w kasku u Berwika. Ale przecież to nie zepsuje nam weekendu. Po kwadransie dumania i rozważania różnych opcji, Ruff wygrzebał jakieś okulary do pływania i jakoś udało się je zmieścić pod kask. Zatem dalej w drogę, nach Krakau, tam się pożegnamy, wymienimy aku (wiadomo: Suzuki) i polecimy A4-ką do Katowic. Niestety okazało się, że powyżej 120 km/h Berwikowi łeb chce urwać, bo przecież szyba otwarta, owiewki brak… a tu jeszcze A4 przed nami, nie będziemy się chyba pedalić 120 po nocy po autobanie. To jeszcze do Kuby po jakiegoś leciwego HJC, później na A4-kę i koło północy byliśmy w domu.
Przepalonej benzyny na blisko 1000 km, boląca dupa po kilkunastu godzinach w siodle, upieprzony motór od mokrego asfaltu, jazda w nocy z popsutym ładowaniem… weekend zaliczam do bardzo udanych 🙂 Dzięki za Bieszczadzkiego spontana, a świeżo poznaną Ekipę mam nadzieję niedługo spotkać i gdzieś razem polatać. Dobranoc Państwu.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz